Ithink.pl - Dziennikartstwo Obywatelskie
Larum
dodano 19.11.2008
Pochowałem mego przyjaciela. Choć uczyniłem to dawno temu, ciało jego wciąż drga mi przed oczyma wyobraźni, z szyją zagnieżdżoną w grubej pętli konopnego sznura przerzuconego przez konar i przywiązanego do pnia.
Kapłan zgodził się odprawić nade mną modlitwy. Choć nie odwiedzałem jego kościoła, przyjął mnie serdecznie. Nie wyjawiłem mu wszystkiego o tym, co mnie naprawdę dręczyło; napomknąłem jedynie o „diabelskiej mocy” i „złym duchu”. Chyba mi uwierzył. Myślę, że nie miał wyboru patrząc na mą mizerną twarz, na ciało z którego zwieszały się ubrania. Musiał się zgodzić, czyż nie tak nakazuje miłość bliźniego? Przez chwilę patrzyliśmy na siebie: ja z ciałem ciążącym ku ziemi, ku grobowi, on z dłońmi złożonymi jak do modlitwy. Dwóch mężczyzn spoglądających na siebie gdzieś w głębi świątyni, z dala od ołtarza, dzwonów i dymu kadzideł. Na zewnątrz dął wiatr; tu w środku słychać było jego jęki. Chociaż stałem przy nim na wyciągnięcie ręki, pośród zimna kamiennych murów, nie potrafiłem być z tym człowiekiem naprawdę. Coś budowało między nami niewidzialny mur. Zbyt wyczerpany nie byłem w stanie wydusić ani jednego słowa, a mój umysł miał przed sobą jedynie białą kartkę papieru, na którą nie umiałem nanieść żadnej wiadomości dla tego mężczyzny. Łączyły nas słabo jedynie dwa puste spojrzenia. Zrezygnowany westchnąłem, już nawet nie ciężko. Oto kolejne nic nieznaczące spotkanie, jakich wiele miałem w życiu. Ja potrzebowałem jego modlitwy, on – faktu mojego istnienia; byłem jedynie kolejnym powodem, dla którego on mógł być tym, kim jest.
Mój gabinet. O tej porze był tylko kilkoma bladymi plamami na smolistym całunie ułożonym na każdej części tego pomieszczenia. Stałem w otwartych drzwiach, oparty o framugę, z rękami założonymi na piersiach. Napiąwszy swą wolę do granic wytrzymałości, próbowałem jak najsilniej przycisnąć dłonie do ciała; czyż nie najlepiej jest w ten sposób ukryć ich drżenie? A co, jeśli metoda ta zawiedzie i jest się zmuszonym patrzeć na własne dłonie, przerażone jak małe dzieci, miotane na wszystkie strony jak chorowite drzewo podczas burzy? Cóż począć, gdy nie jest się w mocy zapanować nad lękiem, gdy snując się po pokojach przez cały czas wrażenie, że ktoś postępuje krok w krok za plecami, nie daje spokoju i zmusza do ciskania książkami w pustą przestrzeń przed sobą; gdy serce bijące jak szalone wypełnia swoimi uderzeniami całą przestrzeń wokół, tak, że nie słyszy się już nic, nie czuje się niczego, nie można myśleć o niczym innym? Tylko rytm strachu, wybijany żywym instrumentem…
tu dum, tu dum
… odbijający się od ścian, wgryzający się w drewniane meble, szklane wazony, srebrne sztućce. Najbardziej pierwotna pieśń, nieobca nawet aniołom. Czyż można stawić jej czoło?
Jak w opiumowym odurzeniu wbijałem wzrok w ciemność, sparaliżowany, spętany łańcuchami zdenerwowania i strachu. Czekałem spięty i gotowy do skoku w przepaść.
Czekałem. Mógłbym rzec: na kapłana, lecz czy nie kłóciłoby się to z prawdą? Czy ja go rzeczywiście wyczekiwałem? Czy moje trwanie miało jeszcze jakiś głębszy cel? Traciłem wiarę we wszystko; niepewność oblała mnie niczym złośliwy, wiosenny deszcz na pierwszym, pozimowym spacerze. Strach zakleszczał się w mej głowie coraz mocniej: kapłan był moją ostatnią nadzieją. Co się ze mną stanie, jeśli on zawiedzie?
Stojąc u progu mego gabinetu, wiłem się wewnątrz jak przerażony duch uwięziony w glinianym naczyniu; jak kawałek ciała ściskanego w imadle szaleństwa. Kim ja jestem? Czym się stałem? Czemuż spotkał mnie ten straszny los? Czym zawiniłem? Gdy krzyczę, klęcząc na kolanach i rwąc włosy z głowy, mój głos jest straszny, przypominający śpiewy obłąkanych zamkniętych w klatkach na wysokiej wieży, lecz zawsze mocny i pełny; donośny. Krzyczę: dlaczego?
Czym się teraz stałem? Cieniem człowieka. Bo jeśli określa nas to, co potrafimy uczynić, dobrego lub złego, to faktycznie – jestem tylko konturem wyrysowanym na ścianie.
Ileż to razy wynosiłem zakrwawioną pościel na tyły domu, by ją spalić? Patrzyłem jak płonie; płótno nasączone bezimienną krwią. Czułem chłód poranka na gorejącej nocą twarzy. Zimno wbijało mi się w dłonie, lecz nie… nie chciałem grzać ich przy tym ogniu. Ten ogień nie dawał ciepła. Nie oczyszczał. Byłem tego pewien.
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
REKLAMA
ARTYKUŁY O PODOBNYM TEMACIE
zobacz więcej
5 NAJLEPIEJ OCENIANYCH ARTYKUŁÓW




















